muzyka

Veni, Vidi, I’m Alive.

Dzień jak każdy. Rozsądne, ogarnięte, ukochane dziecko oznajmia: „Mamo, Tato, jadę na Woodstock”. Czarne chmury zlatują się i przykrywają słoneczną tarczę rodzicielstwa, wybuchają armaty paniki, trwa pełna mobilizacja wojsk pod dowództwem histerii. Armia wyrusza do Castoramy w celu nabycia desek do zabicia okien, młotka do wbijania rozsądku, łańcucha do kuli na nogę.

(więcej…)

Basowa historia z morałem

Gdy widmo trzydziestki zaczęło majaczyć mi za życiowym rogiem, dokonałam kilku kalkulacji. Wnioski mi się nie podobały. Lekko spanikowana, rzuciłam się realizować odkładane w nieskończoność zamierzenia, jakby groziło mi nie tylko gwałtowne zniedołężnienie, albo zupełne wręcz zejście. Gdy na liście „zrobić przed śmiercią” dotarłam do punktu mówiącego o grze na instrumencie strunowym, znalazłam się w lekkim impasie – tu jednak do akcji wkroczył mój niezawodny tato. Bóg jeden wie skąd, przewracając wymownie oczami, wycyganił dla mnie gitarę klasyczną o wyglądzie zabytku z epoki Ludwika XIV-ego. Instrument ten, o wdzięcznej nazwie Defil, był wzorcowym przedstawicielem rodzimej, PRL-owskiej produkcji gitaropodobnej. Mniej zorientowanym spieszę z wyjaśnieniem: to ten szcze­gól­ny rodzaj gi­ta­ry, który w przy­pad­ku spo­tka­nia ze ścia­ną wy­cho­dzi z konfrontacji zwycięsko.

(więcej…)

O co mi chodzi w ogóle?

Przez ostat­nie lata te­le­wi­zor w moim domu słu­żył głów­nie do sta­wia­nia na nim kubka z her­ba­tą, kiedy aku­rat nie mia­łam miej­sca na sto­li­ku. W tym wzglę­dzie stare te­le­wi­zo­ry mają znacz­ną prze­wa­gę nad na­le­śni­ka­mi z HD. Dziś nie mam telewizora i kiedy zdarza mi się żałować, że mecz snookera muszę oglądać na ekranie laptopa, przypominam sobie wszystkie momenty zawodu, kiedy telewizja okazywała się nabytkiem nic nie wartym. Momenty takie, na przykład, jak występy lubianych przeze mnie artystów w programach śniadaniowych.

(więcej…)