live

Iluzja jedności, eksplozja energii

Post o koncertowym fałszu w systemie stereo surround.

Ukry­ta mi­ło­ść do śpie­wa­nia za­wsze wy­ła­zi na wierzch. Wy­ła­zi pod­stęp­nie – w ba­rach ka­ra­oke, pod prysz­ni­cem, na we­sel­nych sa­lach, gdzie dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści każdy zna tekst Bia­łe­go Misia. Większość z nas przeszła w dzieciństwie etap wytrwałego podbijania Wszechświata swoim fan­ta­stycz­nym wo­ka­lem. W stu przy­pad­kach na sto Wszech­świat po­zo­stał nie­wzru­szo­ny. Długo nie­wzru­szo­na była też moja wła­sna matka, wzór to­le­ran­cji i do­bro­ci, która pew­ne­go dnia jed­nak nie wy­trzy­ma­ła i za­py­ta­ła sub­tel­nie, co to za wyjce w radiu za ścia­ną pusz­cza­ją.


Wiele lat póź­niej, pod­czas eg­za­mi­nu na drugi kie­ru­nek stu­diów (dość fi­ku­śna od­mia­na pe­da­go­gi­ki), gorz­ką praw­dę po­da­no mi już bez mat­czy­ne­go znie­czu­le­nia. Akom­pa­niu­ją­ca na pia­ni­nie eg­za­mi­na­tor­ka mimo po­cząt­ko­wych opo­rów zmu­szo­na była zejść o dwie okta­wy niżej – wolała się poddać, niż patrzeć jak pęknę pod ko­niec słyn­nej pie­śni o sto­krot­ce w ciem­nym gaju. Z sa­dy­stycz­ną fascynacją prze­te­sto­wa­ła mnie potem na słuch, srodze się przy tym rozczarowując, bowiem słuch mam akurat doskonały. Do dziś pamiętam jej kategoryczne oświad­cze­nie, że pra­cu­jąc z dzieć­mi będę mu­sia­ła na­uczyć się śpie­wać mocniej i wyżej. Całą drogę do domu spę­dzi­łam za­sta­na­wia­jąc się, co w takim razie robią ze sobą męż­czyź­ni przed­szko­lan­ki. No bo skoro ka­stra­cja nie wcho­dzi w ra­chu­bę, to jak nic muszą nosić bar­dzo cia­sne spodnie.

Choć na owe drugie stu­dia osta­tecz­nie się do­sta­łam (by po­rzu­cić je kilka dni póź­niej), non­sza­lanc­ka wo­kal­na swo­bo­da na dobre mnie opu­ści­ła. Aż do chwi­li, gdy od­kry­łam magię śpie­wa­nia na kon­cer­cie roc­ko­wym.

8104970058_bfe4808828_k-1170x655

Pu­blicz­ność na kon­cer­tach roc­ko­wych ma wiele grzesz­ków na su­mie­niu – często doprowadza mnie do szału. Jed­nak jeśli cho­dzi o grzech za­głu­sza­nia są­sia­dów – to jedna jedyna kon­cer­to­wa „zbrod­nia” któ­rej po­tę­pić nigdy nie będę zdolna. Choć nie raz sto­krot­nie bar­dziej wo­la­ła­bym sły­szeć ar­ty­stę dla któ­re­go przy­je­cha­łam zamiast wycia po­tę­pio­nych dusz z lewej i pra­wej, ja to praw­dzi­wie i z ca­łe­go serca ROZUMIEM.

Jeśli wchodzisz rano do łazienki i mydło samo się spienia, a słuchawka prysznicowa spada na Twój widok, oczywiste jest, że nie podbijesz galaktyki swoim wokalem. Na koncercie jednak takie śpie­wa­nie ucho­dzi bez­kar­nie, nikt nie cierpi, a Ty, ja, a nawet mój współ­lo­ka­tor, brzmiący w gór­nych re­je­strach jak im­po­nu­ją­cy, ko­łu­ją­cy pte­ro­dak­tyl, bu­du­je­my razem coś niesamowitego. Kto raz za­znał magii kon­cer­to­we­go śpie­wa­nia, ten wie, że nie­wie­le rze­czy jest lep­szych w życiu. W tym po­czu­ciu żar­li­wej, mu­zycz­nej jed­no­ści, po pro­stu nie ma miej­sca na ja­ką­kol­wiek fał­szy­wą nutę. I fascynujące jest, że opróż­nia­jąc płuca z po­wie­trza setki ludzi ulegają z własnej woli kompletnej ilu­zji jed­no­ści i siły. Celebrując czas koncertu w sposób wręcz bluźnierczy – bliższy właściwie uniesieniom religijnym niż stricte muzycznym.

Za mocno powiedziane? Ależ skąd. Bo gdy sta­jesz się jed­nym z ty­się­cy gło­sów nie­sio­nych tą samą falą emo­cji, czu­jesz się wresz­cie w pełni zro­zu­mia­ny. Po­rzu­casz swoje ogra­ni­cze­nia i przez te kilka chwil, nie masz na świe­cie ani jed­nej tro­ski. Świat zo­sta­je za drzwia­mi, wraz z całym pier­dy­lio­nem praw­dzi­wych i wy­du­ma­nych pro­ble­mów, z całą swoją nie­życz­li­wo­ścią, nie­spo­dzian­ka­mi i smutkiem. A liczy się tylko tu i teraz, liczy się masowa iluzja, której pozwalasz na ten moment być prawdą. Porzucasz kontrolę, której kurczowo trzymasz się na co dzień, ufnie jak dziecko pozwalając się prowadzić człowiekowi na scenie – gdzie on uzna za stosowne. Wy­rzu­casz z sie­bie całą nagromadzoną dobrą ener­gię, a ona ku­mu­lu­je się, ko­tłu­je w prze­strze­ni i wraca do Cie­bie, wi­bru­ją­ca i zwie­lo­krot­nio­na. Wspól­ne, kon­cer­to­we śpie­wa­nie to jeden z tych nie­licz­nych w życiu mo­men­tów, kiedy po pro­stu je­steś wolny. Nie­znisz­czal­ny, nie­ty­kal­ny. I przez chwi­lę, na za­sa­dzie zbio­ro­we­go oszu­stwa, wszyst­ko jest na­resz­cie takie, jakie powinno być.

Powiedziałam kiedyś po koncercie mojemu ukochanemu artyście, że pierwszy raz od miesięcy poczułam się naprawdę bezpieczna, jakbym nie miała na tym świecie żadnej troski. Nie zapomnę spojrzenia, jakie otrzymałam w odpowiedzi. Bo po tym nagle zaskakująco poważnym i pełnym uwagi spojrzeniu, które zastąpiło zwyczajowy, półautomatyczny uśmiech, poznałam, że on wie. Że – choć wyznań takich słyszał już trochę – wciąż doskonale pamięta, jak wielki dar niesie. I pamięta, jak sam go otrzymywał.

Tak to już działa.

To co? Pośpiewamy?

music-xfm-winter-wonderland-concert-7

Reklamy

Mark Tremonti – Berlin 4.02.2013 (relacja)

Bardzo lubię kon­cer­ty w Niem­czech. Są za­wsze fan­ta­stycz­nie zor­ga­ni­zo­wa­ne, a pu­blicz­ność – choć niestety mniej ży­wio­ło­wa niż pol­ska – pre­zen­tu­je kul­tu­rę oso­bi­stą po na­szej stro­nie gra­ni­cy cał­ko­wi­cie nie­spo­ty­ka­ną. Nie ina­czej było 4 lu­te­go 2013 w Ber­li­nie, gdzie w dżdży­sty, po­nie­dział­ko­wy wie­czór swój so­lo­wy kon­cert za­grał amerykański gitarzysta Mark Tre­mon­ti.  (więcej…)