Autor: rosenblaetterpl

Przystanek Woodstock okiem debiutanta. O potworach z bagien, kołczanie prawilności i byciu świnką

Pojechałam do Kostrzyna po raz pierwszy. Debiut taki. Pojechałam z otwartą głową, acz dzięki przekazom medialnym raczej pozbawiona entuzjazmu. Błoto, alkohol, muzyka na jedno (okołopunkowe) kopyto, namioty i glany. WIADOMO.

Ano okazuje się, że nie bardzo. Stąd też poniższe podsumowanie, które można w sumie nazwać posypaniem głowy popiołem. I to nawet nie szczyptą, ale solidną szuflą z ogniska, w którym spłonęły tezy kategoryczne i parę dziwacznych uprzedzeń.

Przeczytajcie, bo zaraz będzie ciemno. (więcej…)

Reklamy

Veni, Vidi, I’m Alive.

Dzień jak każdy. Rozsądne, ogarnięte, ukochane dziecko oznajmia: „Mamo, Tato, jadę na Woodstock”. Czarne chmury zlatują się i przykrywają słoneczną tarczę rodzicielstwa, wybuchają armaty paniki, trwa pełna mobilizacja wojsk pod dowództwem histerii. Armia wyrusza do Castoramy w celu nabycia desek do zabicia okien, młotka do wbijania rozsądku, łańcucha do kuli na nogę.

(więcej…)

Basowa historia z morałem

Gdy widmo trzydziestki zaczęło majaczyć mi za życiowym rogiem, dokonałam kilku kalkulacji. Wnioski mi się nie podobały. Lekko spanikowana, rzuciłam się realizować odkładane w nieskończoność zamierzenia, jakby groziło mi nie tylko gwałtowne zniedołężnienie, albo zupełne wręcz zejście. Gdy na liście „zrobić przed śmiercią” dotarłam do punktu mówiącego o grze na instrumencie strunowym, znalazłam się w lekkim impasie – tu jednak do akcji wkroczył mój niezawodny tato. Bóg jeden wie skąd, przewracając wymownie oczami, wycyganił dla mnie gitarę klasyczną o wyglądzie zabytku z epoki Ludwika XIV-ego. Instrument ten, o wdzięcznej nazwie Defil, był wzorcowym przedstawicielem rodzimej, PRL-owskiej produkcji gitaropodobnej. Mniej zorientowanym spieszę z wyjaśnieniem: to ten szcze­gól­ny rodzaj gi­ta­ry, który w przy­pad­ku spo­tka­nia ze ścia­ną wy­cho­dzi z konfrontacji zwycięsko.

(więcej…)

Iluzja jedności, eksplozja energii

Post o koncertowym fałszu w systemie stereo surround.

Ukry­ta mi­ło­ść do śpie­wa­nia za­wsze wy­ła­zi na wierzch. Wy­ła­zi pod­stęp­nie – w ba­rach ka­ra­oke, pod prysz­ni­cem, na we­sel­nych sa­lach, gdzie dziw­nym zbie­giem oko­licz­no­ści każdy zna tekst Bia­łe­go Misia. Większość z nas przeszła w dzieciństwie etap wytrwałego podbijania Wszechświata swoim fan­ta­stycz­nym wo­ka­lem. W stu przy­pad­kach na sto Wszech­świat po­zo­stał nie­wzru­szo­ny. Długo nie­wzru­szo­na była też moja wła­sna matka, wzór to­le­ran­cji i do­bro­ci, która pew­ne­go dnia jed­nak nie wy­trzy­ma­ła i za­py­ta­ła sub­tel­nie, co to za wyjce w radiu za ścia­ną pusz­cza­ją.


Wiele lat póź­niej, pod­czas eg­za­mi­nu na drugi kie­ru­nek stu­diów (dość fi­ku­śna od­mia­na pe­da­go­gi­ki), gorz­ką praw­dę po­da­no mi już bez mat­czy­ne­go znie­czu­le­nia. Akom­pa­niu­ją­ca na pia­ni­nie eg­za­mi­na­tor­ka mimo po­cząt­ko­wych opo­rów zmu­szo­na była zejść o dwie okta­wy niżej – wolała się poddać, niż patrzeć jak pęknę pod ko­niec słyn­nej pie­śni o sto­krot­ce w ciem­nym gaju. Z sa­dy­stycz­ną fascynacją prze­te­sto­wa­ła mnie potem na słuch, srodze się przy tym rozczarowując, bowiem słuch mam akurat doskonały. Do dziś pamiętam jej kategoryczne oświad­cze­nie, że pra­cu­jąc z dzieć­mi będę mu­sia­ła na­uczyć się śpie­wać mocniej i wyżej. Całą drogę do domu spę­dzi­łam za­sta­na­wia­jąc się, co w takim razie robią ze sobą męż­czyź­ni przed­szko­lan­ki. No bo skoro ka­stra­cja nie wcho­dzi w ra­chu­bę, to jak nic muszą nosić bar­dzo cia­sne spodnie.

Choć na owe drugie stu­dia osta­tecz­nie się do­sta­łam (by po­rzu­cić je kilka dni póź­niej), non­sza­lanc­ka wo­kal­na swo­bo­da na dobre mnie opu­ści­ła. Aż do chwi­li, gdy od­kry­łam magię śpie­wa­nia na kon­cer­cie roc­ko­wym.

8104970058_bfe4808828_k-1170x655

Pu­blicz­ność na kon­cer­tach roc­ko­wych ma wiele grzesz­ków na su­mie­niu – często doprowadza mnie do szału. Jed­nak jeśli cho­dzi o grzech za­głu­sza­nia są­sia­dów – to jedna jedyna kon­cer­to­wa „zbrod­nia” któ­rej po­tę­pić nigdy nie będę zdolna. Choć nie raz sto­krot­nie bar­dziej wo­la­ła­bym sły­szeć ar­ty­stę dla któ­re­go przy­je­cha­łam zamiast wycia po­tę­pio­nych dusz z lewej i pra­wej, ja to praw­dzi­wie i z ca­łe­go serca ROZUMIEM.

Jeśli wchodzisz rano do łazienki i mydło samo się spienia, a słuchawka prysznicowa spada na Twój widok, oczywiste jest, że nie podbijesz galaktyki swoim wokalem. Na koncercie jednak takie śpie­wa­nie ucho­dzi bez­kar­nie, nikt nie cierpi, a Ty, ja, a nawet mój współ­lo­ka­tor, brzmiący w gór­nych re­je­strach jak im­po­nu­ją­cy, ko­łu­ją­cy pte­ro­dak­tyl, bu­du­je­my razem coś niesamowitego. Kto raz za­znał magii kon­cer­to­we­go śpie­wa­nia, ten wie, że nie­wie­le rze­czy jest lep­szych w życiu. W tym po­czu­ciu żar­li­wej, mu­zycz­nej jed­no­ści, po pro­stu nie ma miej­sca na ja­ką­kol­wiek fał­szy­wą nutę. I fascynujące jest, że opróż­nia­jąc płuca z po­wie­trza setki ludzi ulegają z własnej woli kompletnej ilu­zji jed­no­ści i siły. Celebrując czas koncertu w sposób wręcz bluźnierczy – bliższy właściwie uniesieniom religijnym niż stricte muzycznym.

Za mocno powiedziane? Ależ skąd. Bo gdy sta­jesz się jed­nym z ty­się­cy gło­sów nie­sio­nych tą samą falą emo­cji, czu­jesz się wresz­cie w pełni zro­zu­mia­ny. Po­rzu­casz swoje ogra­ni­cze­nia i przez te kilka chwil, nie masz na świe­cie ani jed­nej tro­ski. Świat zo­sta­je za drzwia­mi, wraz z całym pier­dy­lio­nem praw­dzi­wych i wy­du­ma­nych pro­ble­mów, z całą swoją nie­życz­li­wo­ścią, nie­spo­dzian­ka­mi i smutkiem. A liczy się tylko tu i teraz, liczy się masowa iluzja, której pozwalasz na ten moment być prawdą. Porzucasz kontrolę, której kurczowo trzymasz się na co dzień, ufnie jak dziecko pozwalając się prowadzić człowiekowi na scenie – gdzie on uzna za stosowne. Wy­rzu­casz z sie­bie całą nagromadzoną dobrą ener­gię, a ona ku­mu­lu­je się, ko­tłu­je w prze­strze­ni i wraca do Cie­bie, wi­bru­ją­ca i zwie­lo­krot­nio­na. Wspól­ne, kon­cer­to­we śpie­wa­nie to jeden z tych nie­licz­nych w życiu mo­men­tów, kiedy po pro­stu je­steś wolny. Nie­znisz­czal­ny, nie­ty­kal­ny. I przez chwi­lę, na za­sa­dzie zbio­ro­we­go oszu­stwa, wszyst­ko jest na­resz­cie takie, jakie powinno być.

Powiedziałam kiedyś po koncercie mojemu ukochanemu artyście, że pierwszy raz od miesięcy poczułam się naprawdę bezpieczna, jakbym nie miała na tym świecie żadnej troski. Nie zapomnę spojrzenia, jakie otrzymałam w odpowiedzi. Bo po tym nagle zaskakująco poważnym i pełnym uwagi spojrzeniu, które zastąpiło zwyczajowy, półautomatyczny uśmiech, poznałam, że on wie. Że – choć wyznań takich słyszał już trochę – wciąż doskonale pamięta, jak wielki dar niesie. I pamięta, jak sam go otrzymywał.

Tak to już działa.

To co? Pośpiewamy?

music-xfm-winter-wonderland-concert-7

Staying Alive – jak z muzyką Bee Gees ratować ludzkie życie

Jeśli jesz­cze nie wie­cie co mają ze sobą wspól­ne­go: gwiaz­dor bry­tyj­skie­go kina Vin­nie Jones, słyn­ny prze­bój grupy Bee Gees oraz re­su­scy­ta­cja krą­że­nio­wo-od­de­cho­wa, to wideo sta­no­wi wręcz po­zy­cję obo­wiąz­ko­wą. Jesz­cze nigdy pio­sen­ka Stay­ing Alive nie była tak do­słow­nie in­ter­pre­to­wa­na.   

(więcej…)

SOEN

Wszech­po­tęż­na per­ku­sja, gęsty bas, mię­si­ste riffy. Al­ter­na­tyw­ne, pro­gre­syw­ne brzmie­nie. Do­pie­ro miękki wokal uzmy­sła­wia nam, że to nie jest ko­lej­na płyta Tool. Owo po­do­bień­stwo, to w pewnym sensie prze­kleń­stwo grupy SOEN.  Ich debiutancki album Co­gni­ti­ve jest praw­do­po­dob­nie jedną z najlepszych płyt rockowych,  któ­rych nie sły­sze­li­ście.

(więcej…)

Boysband wiecznie żywy

Back­stre­et Boys są tro­chę jak wino. Tyle, że otwar­te. Czło­wiek zaj­rzy w bu­tel­kę z roz­pę­du, choć za­war­tość już dawno zwie­trza­ła. A jed­nak po­wra­ca­ją jak bu­me­rang. Ka­ry­ka­tu­ral­ni jak ostatnie od­cin­ki True Blood, wiecz­nie żywi jak Lenin. Tro­chę, jakby czas się za­trzy­mał. Za parę dni znów u nas zagrają. Ewrybady, Backstreet’s Back.

(więcej…)

SoundMagic – świetna jakość w niskiej cenie

Przy­znam szcze­rze, że żaden ze mnie au­dio­fil. Uży­wa­ne prze­ze mnie na co dzień słu­chaw­ki muszą być przede wszyst­kim so­lid­nie wy­ko­na­ne i muszą brzmieć przy­zwo­icie, czyli mają nie znie­kształ­cać dźwię­ku i pod­kre­ślać to, co w danym mo­men­cie pod­kre­ślo­ne być po­win­no. Do­brze, je­że­li przy tym jesz­cze jakoś wy­glą­da­ją. Mimo nie­spe­cjal­nie wy­gó­ro­wa­nych wy­ma­gań, moim od­wiecz­nym pro­ble­mem było zna­le­zie­nie przy­zwo­icie brzmią­cych słu­cha­wek do­ka­na­ło­wych po­ni­żej kwoty 100 PLN. Po­wie­cie: coś ta­kie­go nie ist­nie­je. A otóż, pro­szę Pań­stwa, ist­nie­je. Na­zy­wa się So­und­Ma­gic. (więcej…)

Malrun – Wikingowie z dobrym uchem (wywiad)

(Wywiad z zespołem przeprowadzony w marcu 2013na potrzeby bloga otwartego Moosic.pl)

MAL­RUN to jeden z bar­dziej obie­cu­ją­cych ze­spo­łów roc­ko­wo-me­ta­lo­wych, jakie mia­łam oka­zje ostat­nio usły­szeć. Duń­czy­cy łączą cięż­kie gra­nie z me­lo­dyj­ny­mi, wznio­sły­mi re­fre­na­mi, nie ucie­ka­ją jed­nak także od odro­bi­ny wrza­sku, czy tech­nicz­nych, pro­gre­syw­nych za­gry­wek. O tym, czy bycie po­tom­kiem Wi­kin­gów po­ma­ga w pod­bi­ja­niu Eu­ro­py, jak od cia­snych spodni i gła­dze­nia swo­ich dłu­gich wło­sów można przejść do speł­nia­nia ma­rzeń, oraz o tym, że mu­zycz­na Dania to wię­cej niż słyn­ny Lars Ulrich, roz­ma­wia­łam z per­ku­si­stą ze­spo­łu, Mik­ke­lem John­se­nem.   

(więcej…)