Przystanek Woodstock okiem debiutanta. O potworach z bagien, kołczanie prawilności i byciu świnką

Pojechałam do Kostrzyna po raz pierwszy. Debiut taki. Pojechałam z otwartą głową, acz dzięki przekazom medialnym raczej pozbawiona entuzjazmu. Błoto, alkohol, muzyka na jedno (okołopunkowe) kopyto, namioty i glany. WIADOMO.

Ano okazuje się, że nie bardzo. Stąd też poniższe podsumowanie, które można w sumie nazwać posypaniem głowy popiołem. I to nawet nie szczyptą, ale solidną szuflą z ogniska, w którym spłonęły tezy kategoryczne i parę dziwacznych uprzedzeń.

Przeczytajcie, bo zaraz będzie ciemno.


PO PIERWSZE, POMIJAJĄC MUZYKĘ, CORAZ BARDZIEJ ZRÓŻNICOWANĄ… PO CO MIAŁBYM TAM JECHAĆ I NURZAĆ SIĘ W TYM BŁOCIE?

No i już na początek – o co chodzi z tym błotem, tego nie jestem w stanie pojąć.

Co roku we wszystkich relacjach telewizyjnych i zdjęciowych tylko to błoto i błoto, które na samym Woodstocku można nawet przy odrobinie otępienia przegapić, chyba że woda leje się z nieba Niagarą, jak w pierwszy dzień tegorocznego festiwalu. A tu w corocznych przekazach zawsze na pierwszym planie wykrzywiony, ubłocony ryj i dziki wzrok potwora z bagien.

Oczywiście, że błoto JEST. Zjawisko raczej normalne przy braku betonu i asfaltu. Jest też owo słynne, specjalnie utworzone wokół grzybka wodnego, błotne jeziorko. I tak oto, jeśli chcesz się potaplać w błocie – wchodzisz. Nie chcesz się potaplać – nie wchodzisz. Co więcej, możesz na otaczającym jeziorko mini wale tyłkiem siedzieć i koncert oglądać, a nikt na siłę hipopotama z Ciebie robić nie będzie. Sama nie przejawiałam zbytniego entuzjazmu do błotnej kąpieli, jednak obserwując roześmiane twarze osobników w wieku wszelakim zanurzonych do głowy, stwierdzam – coś w tym jest. Przypomina się frajda wskakiwania w kałuże za młodu, tyle że tym razem można to zrobić z pełnym ślizgiem, no i mama już Cię nie może wyciągnąć za ucho. Tak czy owak, ograniczanie skojarzeń z Woodstockiem do błotnych, dzikich stworzeń to gruba niesprawiedliwość, konsekwentnie wyrządzana tej imprezie przez media rok do roku. Nie dajcie się zwieść, że to co widzicie w telewizyjnych migawkach to kwintesencja Woodstocku.

ydxj4216

PO DRUGIE, NIE ZAMIERZAM ŚWIECIĆ CYCKAMI

To nie świeć. Czy gdy inni zaświecą  będziesz czuć się źle? Nie sądzę. Co więcej, zastanawiałam się w trakcie festiwalu, czy wszystkie te nieszkodliwe, obnażone istoty nie zostały wyjątkowo pozamykane w domach przez zazdrosnych chłopaków, czy też siłą okutane w cztery swetry przez poczucie narodowej przyzwoitości. Odnośnie gołych cycków bowiem, o których co roku tak głośno w mediach, nie widziałam żadnych. Kolega widział jedne, podobno bardzo ładne. Jak się jednak zastanowić nad wszystkim w odniesieniu do skali wydarzenia… Pomyślcie. Nawet jeśli sto kobiet zdejmie koszulki, możecie właściwie nie zobaczyć żadnej gołej piersi. Mówimy o zgromadzeniu ludzkim o liczebności dużego polskiego miasta! W sobotę, nie neguję, przebiegło przez teren festiwalu z tuzin męskich golasów w stadzie. Nie było to fajne, bo prawie każdy był mało wyjściowy, jednak występy zakończyli w miarę szybko.

555555555

PO TRZECIE, NA PRZYSTANKU RZĄDZĄ ALKOHOL I CHUĆ

Na moje oko raczej Jurek i dobry humor.

Widzieliśmy wszyscy w TVP. Przystanek Woodstock to zgromadzenie gorszego sortu młodzieży, która pod przykrywką muzyki i paru spotkań z aktorami i dziennikarzami spotyka się, by z dala od rodziców, pracodawców i nauczycieli nawalić się jak messerschmitt. To tysiące usmarowanych błotem i kurzem ordynarnych flejtuchów i bandy pijących na potęgę nastolatków z kolorowymi włosami. To dolina anarchii, w której okradną Cię ze wszystkiego (łącznie z gaciami) i gdzie kondomy zbiera się z rowów łopatami, w oparach dymu narkotykowego tak gęstego, że nawet komary w otępieniu zderzają się z drzewami. I to wszystko przy akompaniamencie jakichś niszowych post-punkowych zespołów, co to grają pewnie tylko jeden akord, plus stara, poczciwa Kasia Nosowska dla tych o bardziej wysublimowanym guście. Impreza za darmo, hołota się zjeżdża, a to wszystko za pieniądze naiwnych Polaków. Toż przeżyć tego żadna normalna istota ludzka nie chce, już lepiej do dżungli z maleńkim kozikiem Fiskarsa się wybrać, walczyć z gorylami o ostatniego banana, niż dobrowolnie w to piekło się pakować. A na dodatek nad wszystkim czuwa ta cholera wrzaskliwa w okularach, a wszyscy słuchają go jak pojebani! Każe zdejmować koszulki – zdejmują, każe kartki trzymać – trzymają, każe hymn śpiewać – śpiewają. Masakra jakaś, sekta, dzieci kompletnie ogłupiałe. Hajsy grube na WOŚP do puszki wrzucałeś i myślałeś że fundujesz inkubator? Bang! Owsiak wziął wszystko i sodomę urządza. Na dodatek bredząc, że młodzież jest w porządku, że myśli, że się uczy, że przestrzega zasad i zasadniczo ogarnia co się do niej mówi, nawet zza puszki browara i kanapki z pastą jajeczną z pobliskiego Lidla.

1111111111

Oczywiście, pije się tam na potęgę. Jednak jest w tym szaleństwie kompletnie inna metoda, niż ta stosowana w mieście przez korpoludków, wyczekujących piątku by przeprowadzić reset. Spędziłam na trzeźwo całą sobotę i bawiłam się zupełnie dobrze – nie zauważyłam szczególnego upodlenia alkoholowego, nie zauważyłam też żadnej chuci. No, chyba że rozochoconymi można nazwać trzydziestu głodnych ludzi czekających w kolejce po ruskie pierogi. Każdy reaguje na alkohol różnie, jednak na Przystanku reakcja najczęściej kieruje się w stronę stacji „kocham Cię, stary” niż peronu „coś Ci się k**** nie podoba?”.

Skłamałabym, gdybym rzekła, że nie poczułam tu i ówdzie zapachu trawy (i bynajmniej nie mam na myśli świeżo skoszonej). Nie widziałam też, by ktokolwiek zainteresował się bliżej inspiracjami grupy namiotowej o swojsko brzmiącej nazwie „Wioska Blanta”. Z drugiej strony, na terenie festiwalu przebywa na stałe miła ekipa policjantów, zatem beztroskie przeparadowanie ze skrętem w dłoni skończyłoby się zapewne poznaniem ich nieco lepiej. A i ludzie uśmiechają się głupkowato przez cały Przystanek nawet bez udziału jakichkolwiek substancji, to takie ustawienie domyślne. W związku z tym prawdopodobieństwo natrafienia na reakcję agresywną jest na kostrzyńskim polu mniej więcej tak duże, jak to że Antoni Macierewicz wpadnie o ósmej rano na rosołek.

UMRĘ Z GŁODU – BABCIA MIAŁA RACJĘ

A skoro już wspomniałam o rosołku… Czy przez 3 dni będziesz musiał żywić się alkoholem i wspomnieniami cywilizacji? A może musisz zabrać dodatkowy plecak ze słoikami, które wyjedzą Ci, gdy będziesz wbijał pierwszego śledzia? Kiepska sprawa…. może zatem żywność liofilizowana i 13 kilo mielonki turystycznej, które zakopie się na noc pod trzecim drzewem od lewej? Można i tak, ale ludzie zazwyczaj preferują po prostu iść do Lidla i kupić sobie chleb, sok, jogurt i krakowską suchą, ewentualnie dorzucić pod pachę arbuza i mineralną. A sklep ten to organizacyjna bajka. Szerokie przejścia, wejścia małymi grupkami, wyjście drugą stroną. Kto preferuje posiłki gotowe – kolejka 10 minut i już może zjeść gofra, pierogi, schabowego, makaron, zupę, pajdę ze smalcem tudzież jakieś warzywka. Placki ziemniaczane z ziemniaków, schabowy ze schabu, kebab nie z kota. I ani jednego zatrucia przez cały festiwal, ludzie z Sanepidu już się z nudów pospali. Czego się tu przyczepić? W oczach babci – niezjedzenie obiadu prawdopodobnie kończy się głodową śmiercią delikwenta w godzinach popołudniowych. Babciu, bądź spokojna, my tu wszyscy zdrowi.

333333333

NA WOODSTOCKU LUDZIE SIĘ NIE MYJĄ

Kolejka do płatnych pryszniców ciągnie się na miliony metrów już o nieludzkiej dla skacowanego człowieka godzinie siódmej. Ani chybi jakiś podstawiony tabun aktorów odgrywających role w sztuce eksperymentalnej, bo przecież nie normalne ludzkie stworzenia, które chcą zmyć z siebie kurz? Zresztą uczynek to z gruntu bezsensowny, skoro wszystko osiądzie na nich na nowo nim minie południe.

3333333333333

Powiecie – nie ma opcji bym sterczał na środku drogi w japonkach i piżamie w takim ogonie. Potem wepchną mnie do klaustrofobicznej kabinki, w której chwilę wcześniej brał prysznic jakiś obcy facet. Odpowiem – a co masz lepszego do roboty, w tym szczerym polu? Przyjemna, poranna pogawędka w rozleniwionym, zaspanym i uśmiechniętym towarzystwie, odświeżający prysznic i suszenie włosów na wietrze, w drodze na śniadanie? Czy nie jest to lepszy poranek niż przeciętny poranek w Twoim domu? Z resztą dzięki sprawnej organizacji stałam w imponującej kolejce tylko godzinę. Słoneczko ładnie świeciło, a ja walnęłam sobie przy okazji kawę z prawdziwego ekspresu. Gdy wychodziłam umyta i radosna, nie przejmując się brakiem makijażu i ręcznikiem na łbie, kolejka wyglądała już na jakieś dwie godziny. I nikt się nie napurchawiał z powodu oczekiwania.

Podsumowując, jeśli 50 pryszniców jest stale okupowane, wychodzi na to że, jasna cholera, część z tych ludzi jednak się myje. No dobrze. Ale przecież nawet starzy festiwalowi wyjadacze przyznają, że gdy wracasz do domu to pierwsze czego chcesz to WANNA?

Owszem, wracając z Woodstocku czuliśmy się nieco przykurzeni, jednak nie widzieliśmy by na stacji benzynowej ludzie smarowali się maścią na zombie, a sępy krążyły nad autem niczym nad kupą padliny. Jedno z nas (jedyne, które zdecydowało się na pogo) przyznawało niby, że jest pokryte brudem z którego można wyrzeźbić drugą ludzką istotę. Uznaliśmy jednak ostatecznie, że nieco dramatyzuje, bo do swego ukochanego Opla wsiadło bez rozkładania na siedzeniu worków i folii malarskiej. Co więcej, rodzina pod domem nie czekała z środkami odkażającymi i szlauchem, a pies węszący na podjeździe nie umarł. Słowem – weź sobie płyn do płukania zębów, mokry papier toaletowy, dezodorant, żel antybakteryjny i pozwól sobie choć raz być świnką, którą każdy z nas czasem bywa. Jeśli chcesz wziąć prysznic, wystój swoje. Na Woodstock nie ma w sumie innego wyjścia, niż przyjąć rzeczywistość z uśmiechem na paszczy. I ona też się uśmiecha – zakurzonym, serdecznym ryjem.

CZY NA WOODSTOCKU ŚMIERDZI?

Ano śmierdzi.

Jeśli nie jesteś w stanie odliczyć do dziesięciu w tojtoju, woń fermentującego w słońcu piwa wykręca Ci przegrodę nosową, widok robaczka powoduje u Ciebie wstrząs, a wypięta w lesie goła dupa powoduje zgorszenie z jakiego nie otrząśniesz się przez najbliższe trzy miesiące – to nie jest miejsce dla Ciebie.

Aby była jasność – nikt nie wchodzi do festiwalowych toalet jeśli nie musi, nikt też nie czuje się szczególnie godnie prezentując pośladki okrutnemu światu pod pochyloną sosną i rozłożystym dębem. Jednak jeśli już pójdziesz na boczek, za drzewem raczej nie czai się żaden podglądacz gotowy do gwałtu, a wszyscy tak samo jak Ty mają łzy w oczach, gdy przejeżdża koło nich cysterna z odpadami. Po drugim dniu naprawdę przestajesz się przejmować, że paręnaście metrów od krzaka gdzie kucasz, siedzi koleś. No siedzi, co z tego. Zakład o stówę, że ten koleś kulturalnie się odwróci.

Co ciekawe, wszyscy znajomi, którzy bywają na zagranicznych festiwalach, zgodnie twierdzą, że w porównaniu z tymi festiwalami Woodstock pachnie ambrozją i różami. Nawet jeśli to prawda, to i tak można się doczepić do ton śmieci, które zostają po Przystanku i są potem sprzątane tygodniami. Część z tego syfu uczestnicy mogliby z pewnością ze sobą zabierać, albo choć segregować. Widok „po” imprezie stanowił naprawdę niemiły zgrzyt w moich oczach, mimo całego zachwytu jej przebiegiem.

7777777

Wracając jeszcze do niemiłych zapachów – są one nieodzownie przypisane do imprez masowych w upalne dni. Śmierdzą głównie śmieci, fekalia i fermentujący alkohol, a niekoniecznie ludzie. Możecie rzec – po prostu nie spałaś w namiocie z czterema facetami, którzy w dzień pili piwo, poszli w pogo, a potem ściągnęli glany. Być może. Ale ja Wam powiem –  nie jechaliście w godzinach szczytu tramwajem bez klimatyzacji, w samym środku rzekomo cywilizowanej metropolii, w słoneczne, letnie, lipcowe popołudnie. Jakieś pytania?

OKRADNĄ MNIE. ZE WSZYSTKIEGO.

Jeśli zostawisz w przedsionku namiotu cztery schłodzone browary, połyskujące zachęcająco kroplami powolnie spływającymi ze ścianek, to pewnie ktoś się w końcu zainteresuje. Jeśli będziesz miał pecha, to mogą też zniknąć Twoje miliony monet albo lanserskie trampki, które chwilowo odłożyłeś, bo po dwudniowych opadach wdziałeś gustowne gumiaki kupione za 30 zeta w najbliższym markecie budowlanym.

Zasada jest prosta – jeśli nie jesteś kompletnym pacanem, cenne rzeczy zostawisz w domu, a pozostałe niezbędniki nosić będziesz przy dupie. Możesz zresztą ograniczyć się do kompletnego minimum, co jest uczuciem dość uwalniającym. Gotówka w woreczku, karta płatnicza, dowód osobisty, powerbank, komórka, klucze do auta – wszystko to swobodnie mieści się w kołczanie prawilności (czy też jak mawiają normalni ludzie – w nerce czy saszetce na pasku).

Jeśli zaś jesteś bardzo zdolny albo po prostu zbytnio porwie Cię melanż i uda Ci się zgubić swoje skarby, może się okazać, że znajdziesz je w biurze rzeczy znalezionych, włącznie z gotówką. Może się też okazać, że ów zawieruszony arsenał tydzień później dotrze do Ciebie Pocztą Polską.

CZY TAM SIĘ DA WYSPAĆ?

Tu akurat odpowiedź jest prosta. W ogóle.

Sęk w tym, że to kompletnie nie ma znaczenia. Ilość wrażeń tak bardzo usuwa uczucie zmęczenia, że człowiek oniemiały funkcjonuje na najwyższych obrotach przez kilka dób (zadziwiające, wyczyn nie do powtórzenia w trakcie sesji na jakimkolwiek roku studiów). Kiedy zmęczenie już Cię dopada, przychodzi w postaci prawdziwej. Króliczek Duracella odwala kitę, ustępuje galopada myśli, po przyłożeniu ucha do karimaty  traci się niemal przytomność. I choćbyś pod biodrem miał cztery kamloty, a trzy szwadrony wojska potknęły się w ciemności o śledzia od namiotu i obaliły Ci przedsionek, będziesz spał kamiennym snem sprawiedliwego. Godzinę.

Później zapewne sąsiad wpadnie na pomysł, by uciąć sobie pogawędkę obok Twojej głowy (przy swoim namiocie), Tarja Turunen rozpocznie swój koncert na dużej scenie (wycie się niesie), a po drugiej stronie pola ktoś będzie szukał Andrzeja (nieznaleziony od lat). Jeśli to wszystko Cię nie ruszy, to niewątpliwie usłyszysz święte, kultowe i odwieczne zawołanie „Zaraz Będzie Ciemno!!!”. Zawołania tego nie należy pozostawiać bez odpowiedzi.

A rano wstaniesz. Deczko wymemłany, nawet dość gotów rozpocząć kolejny dzień. Od kawy, od dymka, od spotkania z Jerzym Stuhrem, od klina. Albo jeszcze inaczej. Ja na przykład jeden poranek rozpoczęłam od przeciągnięcia się przed namiotem i natrafienia wzrokiem na Człowieka Konia, stojącego samotnie za drzewem. Ponieważ był to już trzeci dzień bytności na festiwalu i alternatywna rzeczywistość wciągnęła mnie w pełni, przywitałam się grzecznie, mówiąc ihahaha. Kiedy chowałam się z powrotem do namiotu, słyszałam kulturalne parskanie w odpowiedzi.

W TŁUMIE NIE CZUJĘ SIĘ DOBRZE, A LUDZIE SZUKAJĄ ZACZEPKI.

Tłum na Woodstocku jest inny. Poważnie. Nie da się wyjaśnić słowami jak bardzo inny. Jest inny tak przepotężnie, że człowiek czuje się jakby brał udział w jakimś ukrytym eksperymencie. Jeśli wyjeżdżacie za granicę, to z pewnością pamiętacie pierwszy szok odkrywcy – ludzie poza Polską uśmiechają się z automatu do nieznajomych. W Kostrzynie pomnóżcie to sobie razy dwa.

ydxj4240

Czy uwierzycie jeśli Wam powiem, że przez cały pobyt na festiwalu nie spotkałam się z żadnym wyraźnym przejawem agresji czy niechęci? W tłumie,  w którym zawsze emocje nieco wymykają się spod kontroli, pośród tysięcy ludzi spożywających alkohol nikt mnie nie odepchnął łokciem, by przejść do przodu? Co jeśli powiem, że ochrona na koncertach była czujna non stop i niespotykanie kulturalna, a do tego tak szybka, że ich nielicznych interwencji prawie nie było widać? Albo że zespół holenderski grający na głównej scenie obejrzał sobie kolejny koncert stojąc w tłumie bez ochrony? Albo że nie ma barierek?

Jest polowy szpital, polscy i niemieccy sanitariusze w pełnej gotowości – widziałam jak patrol medyczny zajechał na pole namiotowe poza terenem festiwalu, by opatrzyć kontuzjowaną nogę.

88888888

Co do zaczepek – to prawda, ludzie szukają zaczepki nieustannie. Chcą się przytulać (bez podtekstów), wciągają się wzajemnie w wygłupy, pytają skąd jesteś i czy masz ognia. W zalewie ostentacyjnej nieuwagi i nieufności do obcych, w której jako Polacy jesteśmy mistrzami, tysiące ludzi na Woodstocku zachowują się zupełnie inaczej niż na co dzień. W tłumie czujesz się dziwnie swobodnie, jakby nikt wcale nie naruszał Twojej przestrzeni. Przyznaję – na tym festiwalu czułam się czasami bezpieczniej niż w domu. I nie dlatego, że mieszkam w kiepskiej dzielnicy.

Widziałam dobre koncerty, nocne granie na gitarze, obcych bezinteresownie oświetlających drogę innym w drodze przez las do namiotu. Widziałam życzliwość ludzką, zdrowy rozsądek, dbałość o bezpieczeństwo i dobrą atmosferę. Uśmiech na kilogramy, tolerancyjne współistnienie, prośby zamiast zakazów. Widziałam, że SIĘ DA. I to jest właśnie kwintesencja Woodstocku. Nie błoto, nie glany, nie browary, nie swoboda obyczajów, nie kolorowe włosy.

Czy piszę patrząc przez różowe okulary? Bo oszołomiona nie zauważyłam złych stron? Bardzo to prawdopodobne. Sprawdzę za niecały rok. Ale już teraz powtarzam sobie jak mantrę, że przekazy medialne to tylko przekazy medialne i nic, ale to nic nie zastąpi odrobiny odwagi i własnego spojrzenia.

Do zobaczenia na najpiękniejszym festiwalu świata.

99999999

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s