Basowa historia z morałem

Gdy widmo trzydziestki zaczęło majaczyć mi za życiowym rogiem, dokonałam kilku kalkulacji. Wnioski mi się nie podobały. Lekko spanikowana, rzuciłam się realizować odkładane w nieskończoność zamierzenia, jakby groziło mi nie tylko gwałtowne zniedołężnienie, albo zupełne wręcz zejście. Gdy na liście „zrobić przed śmiercią” dotarłam do punktu mówiącego o grze na instrumencie strunowym, znalazłam się w lekkim impasie – tu jednak do akcji wkroczył mój niezawodny tato. Bóg jeden wie skąd, przewracając wymownie oczami, wycyganił dla mnie gitarę klasyczną o wyglądzie zabytku z epoki Ludwika XIV-ego. Instrument ten, o wdzięcznej nazwie Defil, był wzorcowym przedstawicielem rodzimej, PRL-owskiej produkcji gitaropodobnej. Mniej zorientowanym spieszę z wyjaśnieniem: to ten szcze­gól­ny rodzaj gi­ta­ry, który w przy­pad­ku spo­tka­nia ze ścia­ną wy­cho­dzi z konfrontacji zwycięsko.

Świa­do­ma, że na takim to­po­rze można się do grania głównie zniechęcić, podeszłam do sprawy dość filozoficznie. Obiecałam sobie, że jeśli przez trzy miesiące nie stracę zapału, zakupię coś bardziej przy­zwo­ite­go. Z pogodą ducha (i aromatem starej i zatęchłej piwnicy) podjęłam eksperymenty w plumkaniu. Czasami jedynie zerkałam nieufnie na starożytne pudło, niepewna czy wytrząsnęłam aby ze środka wszystkie szczurze bobki.

Po kilku tygodniach mój gorący zapał ostygł do temperatury wzgardzonego weselnego barszczu. Mocarne wiosło coraz częściej kurzyło się w kącie, choć ciągoty do gitary do końca mi nie minęły. Cała sytuacja irytowała mnie i uwierała niezmiernie, zwłaszcza że rzadko które wyzwania w życiu porzucam, a moje decyzje są dobrze przemyślane. Cóż. Czasami człowiek prezentuje tępotę nadzwyczajną w obliczu rzeczy oczywistych.

Jak to często bywa w życiu, w ogarnięciu istoty problemu pomogło mi zjawisko które podobno nie istnieje, a jednak wszystkim się przydarza: tak zwany szczęśliwy zbieg okoliczności. Pewnego dnia, dość nieoczekiwanie dla siebie samej, wylądowałam na koncercie grupy Coma, której nawet wówczas do końca nie lubiłam. Brakowało mi muzyki na żywo, grali akurat blisko domu – poszłam jakoś z rozpędu. Na tym właśnie koncercie, fantastycznie z resztą nagłośnionym, basista zespołu – Rafał Matuszak – zapodał dźwiękami od których nogawki powiewały, a płuca zmieniały się w galart. Prawda jasna i klarowna chlasnęła mnie na odlew po twarzy. Wszelkie rodzące się obawy przed chwytaniem za ogon kolejnej sroki zdechły w trakcie solówki w „Zbyszku” . Przed oczami stanęły mi zbierane od dawna dowody rzeczowe – wiecznie przebasowane słuchawki, zamiłowanie do rytmu, sympatia do wiolonczeli. Zrobiło mi się wstyd.

Jeśli myślicie że od tego momentu poszło już szybko, to ze szkodą dla narracji przyznam: w ogóle. Zakorzeniona na beton niechęć do pochopnych decyzji kazała przemyśleć sprawę jeszcze trzy razy. Perfekcjonizm przywiązał mnie na całe tygodnie do for i filmików na YouTube, nieśmiałość sparaliżowała przed konfrontacją z kpiąco łypiącymi, męskimi załogami sklepów muzycznych. Ostatecznie jednak, po zjedzeniu oczami kilkunastu basów w lokalnych salonach i zrobieniu sobie nadmiarem informacji zupełnej kaszki z mózgu, wybyłam z domu w siną dal. I przyniosłam go do domu. I jest. Mój własny, osobisty bas.

Żeby była jasność. Nie jestem typem pasjonata, który spędza przyssany do instrumentu każdą wolną chwilę, a po ośmiu godzinach wybiega z korpo z myślą o nurzaniu w dźwięku. Nie, myślę raczej o kolacji. Po prawdzie – bywa, że przez kilka tygodni w ogóle nie tykam basu, a moje postępy w nauce można określić przy dużej dozie wyrozumiałości jako niewielkie. A jednak, mam z moim instrumentem pewną niezwykłą więź – tą jedyną w swoim rodzaju relację, przez którą możliwość rozstania się z basem na zawsze jest kompletnie niewyobrażalna.

Mój Ibanez nie jest tak dobrze wykonany jak Fender czy Sadowsky, ani nie ma brzmienia Music Mana. Mówiąc między nami, jego nowoczesny design i podłe agatisowe drewno to dla mnie nieustanny powód do skrzywienia, a należyte wyregulowanie go przyprawiłoby przeciętnego lutnika o łysienie plackowate. A jednak kocham tego ciężkiego klamota całym sercem i absolutnie mnie nie obchodzi, jak idiotycznie z nim wyglądam.

Co uwielbiam w basie? Wszystko. Kojące wibracje, prze­no­szo­ne w trakcie gry prosto na klatkę piersiową, na skórę, na płuca, aż do serca. Ba, do kręgosłupa. Rozpoznawalną krzywiznę gryfu pod palcami. Chłod grubych, niklowanych czterech strun. Wielkie klucze. Z rozkoszą kaleczę kawałki Stone Temple Pilots i Rage Against The Machine, narzekając jednocześnie na swoje krótkie palce. Z rezygnacją godzę się z kolei z faktem, że większość moich znajomych nie słyszy ścieżki basu, a rodzina nigdy mojego wyboru nie zrozumie.

Jeżeli mogę natomiast na coś się wściekać, to na fakt zmarnowania kilku dobrych lat, z prostej obawy przed nieznanym. Bo choć niektóre rzeczy po prostu muszą trafić na swój czas, wiele z nich może zadziać się już tu i teraz. Ale się nie dzieje – tylko dlatego, że nie słuchamy intuicji, nie czytamy znaków, odkładamy na przysłowiowe jutro. Tak właśnie ja żyłam obawą przed próbowaniem nowych rzeczy, zwłaszcza jeśli nie są za darmo. Martwiłam się żelazną konsekwencją, zamiast szukać śmiało – podejmować i porzucać, testować i rezygnować. Jeżeli czegoś się naprawdę nauczyłam z tej całej basowej przygody, to przede wszystkim tego, że należy zwalczać nieśmiałość i pozwalać sobie w poszukiwaniach na niekonsekwencję i próby, a za błędy nie biczować się nadmiernie. I liczyć się z tym, że hobby może być na pół fajerki, a nie na pełen ogień.

Zasadniczo, całość tej opowieści sprowadza się do refleksji o ile mniej marzeń spełniamy z powodu nieuzasadnionych strachów i ile mniej szczęścia do siebie przez to dopuszczamy. I nawet jeśli życie zdążyło nas już nauczyć, że nie każde pragnienie da się spełnić i nie wszystko da się nadrobić, najczęściej dałoby się jeszcze pogonić za tym, czy za tamtym.

Wciąż trudno mi jest konsekwentnie stosować się do tej nowej reguły. Lęk przed nowym, nieśmiałość i wszystkie te paskudztwa charakteru które posiadam, nieustannie wchodzą w paradę i utrudniają ile wlezie. Ale co rusz się zbieram i próbuję. I tym bardziej z całego serca życzę Wam, abyście się nie wahali. Jeśli od dawna planujecie w myślach wyjazd w siną dal, by wreszcie zo­ba­czyć naj­droż­szy Wam ze­spół świa­ta – zrób­cie to w tym roku. Jeśli nie mo­że­cie zde­cy­do­wać, czy wró­cić po 30 la­tach prze­rwy do gry na pia­ni­nie, po prostu przy nim usiądź­cie, nie zważając na przytyki kolegów o kryzysie wieku średniego, albo wymowne spojrzenia rodziny sugerujące, że chyba ktoś tu coś sobie uroił. Jeśli chce­cie grać na harmonijce ustnej w emeryckim bandzie – grajcie do cholery. W muzyce i poza nią – szukajcie śmiało i cierpliwie, szczególnie jeśli w ogóle nie wiecie czego właściwie szukacie. A „za późno” jest naprawdę rzadsze, niż Wam się wydaje.

na zdjęciu: autorka i kawał drewna

(fot. Marta Dwornik)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s