O co mi chodzi w ogóle?

Przez ostat­nie lata te­le­wi­zor w moim domu słu­żył głów­nie do sta­wia­nia na nim kubka z her­ba­tą, kiedy aku­rat nie mia­łam miej­sca na sto­li­ku. W tym wzglę­dzie stare te­le­wi­zo­ry mają znacz­ną prze­wa­gę nad na­le­śni­ka­mi z HD. Dziś nie mam telewizora i kiedy zdarza mi się żałować, że mecz snookera muszę oglądać na ekranie laptopa, przypominam sobie wszystkie momenty zawodu, kiedy telewizja okazywała się nabytkiem nic nie wartym. Momenty takie, na przykład, jak występy lubianych przeze mnie artystów w programach śniadaniowych.

Jakieś dwa lata temu z okładem, w porannym programie „Kawa czy Her­ba­ta” gościem miał być ogromnie przeze mnie lubiany Krzysz­tof Na­piór­kow­ski. Bez większych narzekań wsta­łam wówczas o nie­przy­zwo­itej szó­stej rano i od­pa­li­łam rzad­ko uży­wa­ny te­le­wi­zyj­ny osprzęt, by dać się śpiewającemu Krzysz­to­fo­wi roz­czu­lić.

Ar­ty­sta po­ja­wił się na ekra­nie odro­bi­nę po szó­stej. W ste­ryl­nym oto­cze­niu, rzę­si­ście oświe­tlo­ny, tkwił za fortepianem raczej nieswój, ale zrobił co mógł. Rozczulił mnie fakt, że – co się zdarza ekstremalnie rzadko – występ był na żywo. Gdy tak się rozpływałam zgodnie z założonym planem, w okolicach drugiej minuty muzyka nagle się urwała i zalał mnie strumień reklamy. Pomyślałam z przekąsem, że realizator chyba się nie wyspał, bo jak nic padł na konsoletę w narkoleptycznym napadzie i łbem włączył reklamy, bezwładną rączką przesunąwszy jednocześnie dźwignię głośności o 300%. Cóż. Krzysztof pewnie też się nie wyspał, ale chociaż dwie minuty zdążył się pokazać, nim przegrał z reklamą płatków.

O dziwo, kil­ka­na­ście minut póź­niej, ar­ty­sta po­ja­wił się jesz­cze raz. W mię­dzy­cza­sie Pań­stwo Pro­wa­dzą­cy zdą­ży­li nie dać dojść do słowa ja­kiejś parze gości, a także po­le­cić ze­szło­rocz­ną książ­kę na temat świąt. Taką, co to ją na­praw­dę warto kupić ku re­flek­sji głę­bo­kiej, by każdy Polak miał sa­tys­fak­cję, że w oko­li­cy świąt się za­du­mał, a na do­da­tek od­wa­lił tą swoją jedną książ­kę sta­ty­stycz­ną rocz­nie.

Przy dru­giej na­stro­jo­wej pie­śni Krzysz­to­fa, nie dałam się nabrać – nie je­stem w końcu taka bez­den­nie głu­pia. Kiedy w po­ło­wie ka­wał­ka ekran znie­nac­ka wy­peł­ni­ły re­kla­my, byłam przygotowana. Czujny palec skoczył na guzik gło­śno­ści, a w głowie zamarudziła mi niejasna myśl, że coś tu jest poważnie nie tak. I to nie ze mną.

Pro­gram ma­chi­nal­nie obej­rza­łam do końca. Posłuchałam, jak dwóch ak­to­rów coś mówi, a uśmiech­nię­ci pro­wa­dzą­cy prak­ty­ku­ją prze­rwa­nie im na czas. Albowiem w dru­gim rogu stu­dia już drepcze eks­pert, który prze­je­chał przez pół War­sza­wy w kor­kach by przez 12 se­kund mówić o do­bro­dziej­stwie spo­ży­wa­nia jajek. Jako że nie sa­my­mi ja­ja­mi czło­wiek żyje, chwi­lę póź­niej sam Lech Wa­łę­sa za­chwy­ca się fe­no­me­nem In­ter­ne­tu, cho­ciaż wła­ści­wie nie ma nic do po­wie­dze­nia – więcej w Sieci zdążyła już na własną rękę odkryć moja 60-letnia mama. Ale to nie szko­dzi – nikt nie zwróci uwagi, bo i tak mu­si­my już prze­no­sić się do Po­zna­nia, by po­roz­ma­wiać z dzieć­mi w szpi­ta­lu – ko­niecz­nie na żywo, i ko­niecz­nie na od­dzia­le he­ma­to­lo­gii. Ale bez konkretów, bo jakże to tak – na­ra­żać czło­wie­ka na takie ob­cią­że­nie neu­ro­nów po­mię­dzy ja­jecz­ni­cą, a na­ło­że­niem świe­żych gaci? I Pan Pro­wa­dzą­cy już spraw­dza gra­fik pro­gra­mu na swoim nowym aj­pa­dzie, a Pani Pro­wa­dzą­ca ma takie ładne szpil­ki. A jak już z suk­ce­sem do­bi­je­my do końca i bę­dzie mógł zner­wi­co­wa­ny pro­du­cent za­pa­lić pa­pie­ro­cha, to ten muzyk nie­szczę­sny, co tam już od 2 go­dzin sie­dzi, raz jesz­cze coś po­śpie­wa – na pu­stym tle prze­cież te na­pi­sy nie po­le­cą! I niech się cie­szy, że w ogóle przy­je­chał i na żywo coś zaśpiewał, bo większość z tych co stawia żądania grania na żywo, standardowo ogląda drzwi od drugiej strony.

Tak… Za­bra­kło mi w tym pro­gra­mie re­por­ta­żu na temat rzad­kiej od­mia­ny ko­ni­ków po­lnych ki­ca­ją­cych przy lot­ni­sku smo­leń­skim, mi­nu­to­we­go kursu le­pie­nia glinianych zajączków i ana­li­zy wy­kre­so­wej istot­no­ści re­gu­lar­nych wy­próż­nień. To, że re­por­taż o war­to­ścio­wej pracy po­my­sło­wych wo­lon­ta­riu­szy w dzie­cię­cych szpi­ta­lach trwał aż 2,5 mi­nu­ty, uwa­żam za skan­dal.

Po tym programie nieszczęsnym usiadłam sobie na parapecie – z kawą czy herbatą, nie pamiętam już – i włączyłam płytę Krzysztofa. Taką okrągłą, na trochę już niemodnym nośniku. Kupioną za pieniądze przeznaczone na przyszłoroczny abonament.

I tak się zamyśliłam, czy nie dramatyzuję. Może więk­szość ludzi bez problemu przyjmuje ten model pro­gra­mów śnia­da­nio­wych rodem z USA, w pośpiechu żując śnia­da­nie i dra­piąc się sen­nie po tyłku, a tylko ja tutaj jakoś dzi­wacz­nie dumam, jak jakiś cho­ler­ny di­no­zaur, nad kon­dy­cją me­diów, zmia­ną per­cep­cji ludz­kiej w dobie elek­tro­ni­ki itepe, itede. Może bez sensu snuję te swoje do­mo­ro­słe, smut­ne re­flek­sje so­cjo­lo­gicz­ne na czczo? Myślę o tej kul­tu­rze ob­raz­ko­wej, ręce za­ła­mu­ję, obu­rzam się na szyb­kie, po­wierz­chow­ne tempo.

O co mi chodzi w ogóle?

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s