W przystoczniowym pubie z Policjantem (The Last Ship – recenzja)

Dobry ten nowy Sting? –  za­py­tał mnie ostat­nio zna­jo­my. A ja­kie­go Stin­ga ocze­ki­wa­łeś? – od­po­wie­dzia­łam wku­rza­ją­co py­ta­niem na py­ta­nie. Ma­newr był uza­sad­nio­ny, bo gdy bry­tyj­ska le­gen­da rocka po­wra­ca z pierw­szym od de­ka­dy nowym ma­te­ria­łem, ra­czej nikt nie na­sta­wia się na fol­ko­wą przy­tu­paj­kę w kli­ma­cie przy­stocz­nio­we­go pubu. Ale właściwie… czemu by się nie zatrzymać na jeden kufel?

Sting zdą­żył już przy­zwy­cza­ić fanów do bycia nieprzewidywalnym, stąd fakt przerwania dekady kompozytorskiej blokady płytą musicalową nie jest aż tak szokujący – osobiście bardziej byłabym zaskoczona, gdyby wydał normalną, rockową płytę. Tak czy owak, wydawnictwo The Last Ship stanowi nie tyle niezależny byt, co raczej fragment ścieżki dźwiękowej do sztuki debiutującej wkrótce na Broadway’u. Mu­zycz­na opo­wieść oparta zo­sta­ła na pry­wat­nych wspo­mnie­niach ar­ty­sty, do­ra­sta­ją­ce­go w cie­niu stocz­ni Swan Hun­ters, w an­giel­skim mia­stecz­ku Wal­l­send (re­jo­ny New­ca­stle). Te­ma­ty­ka sztu­ki krąży wokół losów tam­tej­szej klasy ro­bot­ni­czej, sku­pia­jąc się na trud­nym cza­sie prze­my­sło­wej trans­for­ma­cji –  zwłasz­cza mowa tu o za­ni­ku prze­my­słu stocz­nio­we­go i ko­lo­sal­nym wpły­wie tego wy­da­rze­nia na życie miesz­kań­ców re­gio­nu. Nie jest to pierw­szy przy­pa­dek, gdy Sting ude­rza w te wła­śnie mło­dzień­cze wspo­mnie­nia. Już na płycie The Soul Cages, nagranej przed niemal dwudziestoma laty, temat zamykanej stoczni służył artyście za metaforę przemijania i śmiertelności. Tamta płyta, pisana w okresie śmierci ojca, zdaje się być z resztą najbardziej zbliżona do nowego materiału – nie wykluczając wątku duszy zamkniętej w klatce, który pojawia się na obu nagraniach.

Tek­sty

Sting nie przy­pad­kiem jest uzna­wa­ny za jed­ne­go z naj­lep­szych tek­ścia­rzy współ­cze­sne­go rocka. Dawno jed­nak jego ta­lent li­rycz­ny nie lśnił tak, jak na The Last Ship. Tek­sty zgro­ma­dzo­ne na nowej pły­cie to nie tyle mu­si­ca­lo­wa nar­ra­cja, co stary, dobry sto­ry­tel­ling, okra­szo­ny licz­ny­mi me­ta­fo­ra­mi, lo­kal­nym folk­lo­rem, a spo­ra­dycz­nie rów­nież hu­mo­rem. Pry­wat­ne wspo­mnie­nia ar­ty­sty są punk­tem wyj­ścia do re­flek­sji nad spo­łecz­ną na­tu­rą czło­wie­ka, isto­tą więzi ro­dzin­nych, nie­uchron­no­ścią śmier­ci. Stat­ki, które dla mło­dziut­kie­go Stin­ga sta­no­wi­ły w Wal­l­send widok co­dzien­ny i cza­sa­mi wręcz przy­tła­cza­ją­cy, na pły­cie po­słu­ży­ły mu za nie­za­wod­ną i efek­tow­ną me­ta­fo­rę, o na­praw­dę wielu zna­cze­niach. Jest tu nad czym my­śleć.

Mu­zy­ka

Mu­zycz­nie, The Last Ship oscy­lu­je wokół wy­ra­zi­ste­go, choć nie­szcze­gól­nie efek­townego folku, spo­ra­dycz­nie prze­ty­ka­ne­go cha­rak­te­ry­stycz­ny­mi dla Stin­ga jaz­zu­ją­cy­mi kli­ma­ta­mi (fe­no­me­nal­ne Prac­ti­cal Ar­ran­ge­ment i na­da­ją­ce pły­cie świe­żo­ści And Yet). Po­mi­ja­jąc za­my­ka­ją­cy płytę klam­rą utwór ty­tu­ło­wy, wła­ści­wie nie czu­je­my, że mamy do czy­nie­nia z mu­si­ca­lem. Dla fanów do­brze za­zna­jo­mio­nych z bio­gra­fią ar­ty­sty, mocny ak­cent płyty sta­no­wić bę­dzie nie­wąt­pli­wie oso­bi­sty i dra­ma­tycz­ny Dead Man’s Boots – osta­tecz­ne ze­rwa­nie mu­zy­ka z de­mo­na­mi prze­szło­ści, ja­ki­mi były dla niego nie­speł­nio­ne ocze­ki­wa­nia jego nie­ży­ją­ce­go ojca.

O odpowiednią dynamikę płyty Sting zadbał umieszczając na niej sporo kompozycji o różnym charakterze – nudę odgania zarówno walczyk The Night The Pu­gi­list Le­ar­ned How To Dance (z aran­ża­cją nieco ko­ja­rzą­cą się z po­wo­jen­ną Fran­cją) jak i Bal­lad Of The Great Eastern oraz What Have We Got, spra­wia­ją­ce wra­że­nie wy­cią­gnię­tych pro­sto z nad­mor­skie­go pubu.

Ak­cent

Dba­jąc o jak naj­więk­szy re­alizm płyty, muzyk zde­cy­do­wał się na śpie­wa­nie z lo­kal­nym ak­cen­tem, a także do­sto­so­wał część tek­stów do ro­bot­ni­czej gwary. Za­bie­gi te zo­sta­ły mocno skry­ty­ko­wa­ne przez część an­giel­skich od­bior­ców, uważających pre­zen­to­wa­ny przez mu­zy­ka ak­cent za śmieszny i mający niewiele wspólnego z praw­dzi­wym ak­cen­tem z Wal­l­send. Co za­cie­klej­si wro­go­wie uzna­li wręcz całą sztu­kę za wyraz pro­tek­cjo­nal­no­ści Stin­ga wobec jego ro­dzin­nych stron. Podkreślono fakt, że artysta szybko uciekł z domu w poszukiwaniu kariery, by po latach obfitujących w sukcesy osiąść na stałe w XVI-wiecz­nej willi w sło­necz­nej Flo­ren­cji, a jego wizja stoczni jest mocno uromantyczniona. Czy jednak słusznie zarzucono mu wyrachowanie? Osobiście w to wątpię – tematyka The Last Ship jest doprawdy bardzo mało atrakcyjna marketingowo. Trud­no też ocze­ki­wać, by płyta przyciągnęła do artysty no­wych fanów, na­to­miast z pew­no­ścią znie­cier­pli­wi osta­tecz­nie kilku sta­rych. Wydaje się, że in­ten­cje Stin­ga były raczej dobre, a jego duma z ro­bot­ni­cze­go po­cho­dze­nia jest cał­ko­wi­cie au­ten­tycz­na, nawet jeśli bazuje na czymś, co nie pokrywa się do końca z prawdą.

Pod­su­mo­wa­nie

Jak by nie pa­trzeć, py­ta­nie o ocze­ki­wa­nia od­bior­cy po­zo­sta­je w przy­pad­ku The Last Ship ab­so­lut­nie klu­czo­we. Jeśli ktoś ocze­ki­wał roc­ko­wej płyty w stylu The Po­li­ce, czy am­bit­ne­go pop-roc­ko­we­go wy­daw­nic­twa tak dla Stinga charakterystycznego przez większość jego solowej kariery może być po prze­słu­cha­niu krąż­ka mocno za­wie­dzio­ny. Od­bior­cy z bar­dziej otwar­tą głową, zna­ją­cy do­dat­ko­wo bio­gra­fię ar­ty­sty, po­win­ni na­to­miast dać się prze­ko­nać.

Płyta ta, choć sta­no­wi ścież­kę dźwię­ko­wą do mu­si­ca­lu, nie ma z nim sty­li­stycz­nie zbyt wiele wspól­ne­go. Z kolei fol­ko­wo-ma­ry­ni­stycz­ne ob­li­cze Stin­ga mo­gło­by być nie­zno­śnie nudne, gdyby tylko nie było tak dobre – choć płyta ma bar­dzo spe­cy­ficz­ne brzmie­nie, wciąż brzmi mocno „stin­go­wo” i nie jest po­zba­wio­na kilku naprawdę dobrych me­lo­dii. Zwa­żyw­szy na dłu­gie, bo 10-let­nie ocze­ki­wa­nie na nowy ma­te­riał, można oczy­wi­ście od­czu­wać pe­wien nie­do­syt, zaś samo The Last Ship trud­no sta­wiać na równi z naj­więk­szy­mi do­ko­na­nia­mi ar­ty­sty. Nie jest to jed­nak płyta do spi­sa­nia na stra­ty.

Nasi ro­da­cy ogrom­nie lubią Stin­ga, co nie­zbi­cie udo­wad­nia­ją wy­ku­pu­jąc do ostat­nie­go miej­sca hor­ren­dal­nie dro­gie bi­le­ty na jego kon­cer­ty. Mają także nie do końca wy­tłu­ma­czal­ny, ogrom­ny sen­ty­ment to ir­landz­kich kli­ma­tów. Nie dziwi zatem, że rzucili się masowo i na tę płytę – nawet jeśli nie­zna­jo­mość szek­spi­row­skiej mowy nieco ogra­ni­cza siłę ra­że­nia za­war­tych na krąż­ku opo­wie­ści.

No bo w sumie… kto by nie chciał wy­chy­lić ku­fel­ka ze słyn­nym Po­li­cjan­tem?

Szcze­gól­nie po­le­ca­ne:  The Last Ship, Prac­ti­cal Ar­ran­ge­ment, So To Speak

Ocena:

7/10

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s