Gemini Syndrome – metalowy Gandalf i jego drużyna

Wbrew pozorom nie jest to wpis o ban­dzie sa­ta­ni­stów do­wo­dzo­nych przez Gan­dal­fa, bia­łe­go cza­ro­dzie­ja. Ani też o pro­ro­kach doom me­ta­lu ze skan­dy­naw­skich krain, gdzie bez­li­to­sny wiatr znad fior­dów strą­ca do morza dzie­ci i małe zwie­rząt­ka. Ge­mi­ni Syn­dro­me po­cho­dzą ze sło­necz­nej Ka­li­for­nii, nie stronią od melodyjności, a w moim pry­wat­nym ran­kin­gu wtargnęli właśnie na podium de­biu­tan­ta roku.

Choć po­cho­dzą z Mia­sta Anio­łów, wyglądają raczej jak dru­ży­na sza­tań­skich po­mio­tów, posiadająca w składzie Dziadka Mroza i Lorda Vol­de­mor­ta  (w połowie pe­ru­ki). Gdy się­ga­łam po de­biu­tanc­ki krą­żek grupy pod ty­tu­łem Lux, szczę­śli­wie nie miałam czasu na mój zwyczajowy research. Zapewne tylko jego brak ocalił mnie przed dziką ucieczką ku światłu – płytę przesłuchałam bez żadnych oczekiwań, a potem jeszcze raz, i jeszcze raz. Na dobre kilka dni włączył mi się tzw. syndrom zapętlenia.

Kim właściwie są dżentelmeni występujący pod szyl­dem Ge­mi­ni Syn­dro­me? Trudno nazwać któregokolwiek z nich debiutantem – to doświadczeni muzycy, którym mnóstwo czasu zajęło poszukiwanie optymalnego dla siebie składu. Obecna grupa wydaje się być środowiskiem idealnym, gdzie między twórcami panuje chemia wykraczająca daleko poza zwykłą sumę talentów. O ogromnym potencjale zespołu wydaje się być przekonana wytwórnia Warner Bros, która wydała debiutancki album grupy mimo jej stosunkowo krótkiego istnienia.

O war­to­ści debiutanckiego krążka Gemini Syndrome nie stanowi oryginalność. Na całej płycie inspiracji i wpływów jest multum, jednak samo Lux brzmi wystarczająco mocno i niepowtarzalnie, by słuchacze skupiali się na muzyce, a nie analizowaniu tego, co i gdzie już kiedyś słyszeli. Jakość muzyki i charyzma zespołu są zupełnie wystarczające, by móc się przy tym krążku po prostu dobrze bawić.

Po­cząw­szy od pierw­sze­go utwo­ru, Pleasu­re And Pain, jasne jest, że wkra­cza­my do kra­iny brzmień nieco cięż­szych niż prze­cięt­ny, amerykański rock. Nie ma co się jednak obawiać o swoje uszy – w tej kra­inie po­tęż­ne­go, me­ta­lo­we­go brzmie­nia,  praw­dzi­wym wład­cą po­zo­sta­je me­lo­dia. Wo­ka­li­sta Aaron Nord­strom swo­bod­nie pa­nu­je nad cha­osem i od po­cząt­ku nie oszczę­dza gar­dła – tu po­wrzesz­czy, tam po­grow­lu­je, jed­nak naj­czę­ściej śpie­wa czy­sto, a mo­men­ta­mi za­ska­ku­ją­co ła­god­nie. Choć pierw­sze sko­ja­rze­nia są dość oczy­wi­ste – wybrzmiewa tu mocno zarówno Se­ven­dust jak i Five Fin­ger Death Punch – to im dalej w las, tym trud­niej okre­ślić z czym wła­ści­wie mamy do czy­nie­nia. Tu i ów­dzie przez cięż­kie roc­ko­we dźwię­ki szcze­rzy się do nas peł­no­praw­ny metal, tam znowu o odro­bi­nę uwagi wal­czy blu­eso­wa nuta. Gdy do­cie­ra­my do za­ska­ku­ją­co prze­bo­jo­we­go nu­me­ru Star­dust, mamy wra­że­nie ze­tknię­cia się z jakąś nową re­in­kar­na­cją Di­stur­bed (z intro żyw­cem wy­dar­tym ze­spo­ło­wi Shi­ne­down). Kilka minut póź­niej w utwo­rze Mo­ur­ning Star wi­ta­ją nas epic­kie chóry, a Left Of Me strze­la na odlew moc­nym re­fre­nem. Im bli­żej końca, tym bar­dziej ze­spół spusz­cza z tonu. Na próż­no jed­nak spo­dzie­wać się bal­lad – do sa­me­go końca tempo po­zo­sta­je tu so­lid­ne.

Właściwie można swobodnie powiedzieć, że w graniu tego zespołu nie cho­dzi wcale o agre­sję i cięż­kość, ale o skon­den­so­wa­ne, har­mo­nij­ne i mocno na­ła­do­wa­ne ener­gią gra­nie, co nie­wąt­pli­wie otwie­ra gru­pie wiele drzwi za­mknię­tych dla grup stric­te me­ta­lo­wych. Jeśli ist­nie­je coś ta­kie­go jak metal ra­dio­wy, to wła­śnie z czymś takim mamy do czy­nie­nia w przypadku Gemini Syndrome. O ile mu­zy­ka obro­ni się sama, o tyle zastanawia mnie z kolei, czy wyrazisty, a miejscami wręcz gro­te­sko­wy image ze­spo­łu uznać należy za plus czy minus. Zapewne nie dla wszyst­kich bę­dzie on ma­gne­sem, za to może odstraszyć całe tabuny potencjalnych ciekawskich. Czas pokaże.

Skoro już o człon­kach ze­spo­łu mowa – tradycyjnie uwagę ga­wie­dzi najbardziej przy­ku­wa bia­ło­wło­sy front­man. Mu­zycz­nie jed­nak trud­no wska­zać w ze­spo­le ja­kie­kol­wiek słabe ogni­wo. Obaj gi­ta­rzy­ści, Rich Ju­zwick i Mike Sa­ler­no, ide­al­nie się uzu­peł­nia­ją. Osoba perkusisty może z kolei wiele wyjaśnić odnośnie brzmienia grupy – Brian Ste­ele Me­di­na pogrywał wcześniej w ka­pe­li Five Fin­ger Death Punch. Możliwe jednak, że praw­dzi­wą gwiaz­dą jest tu ba­si­sta-jaszczurka – Al­le­san­dro Pa­ve­ri. Muzyk, który wy­glą­da jakby nigdy nie jadł, ale za to po­zba­wił ta­tu­aży­stów Los An­ge­les po­ło­wy za­pa­sów tuszu, gra po pro­stu nie­sa­mo­wi­cie. Nadaje mu­zy­ce niemal tyle mocy i gę­sto­ści, co obaj gi­ta­rzy­ści razem wzię­ci, pozostając jednocześnie tak melodyjnym, jak tylko można pozostać grając metal na basie.

Pod­su­mo­wu­jąc: Lux to kawał do­brej, ener­gicz­nej, zna­ko­mi­cie wy­pro­du­ko­wa­nej mu­zy­ki z po­gra­ni­cza har­droc­ka i me­ta­lu. Mu­zy­ki cięż­kiej, ale miej­sca­mi za­ska­ku­ją­co chwy­tli­wej. Choć szcze­rze wąt­pię, by­ście jutro mieli oka­zję usły­szeć Ge­mi­ni Syn­dro­me w swo­jej ulu­bio­nej roc­ko­wej sta­cji ra­dio­wej, nie wąt­pię, że czeka ich cał­kiem dobra przy­szłość. Ja w każdym razie za żadne skarby nie pozbędę się już z głowy Stardust. Ani chybi sprawka białego czarodzieja…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s